Szolem Alejchem

Dwa szalech-monesy

tłum. Michał Friedman

 

 

Już dawno nie było w Kasrylewce tak pięknego i ciepłego święta Purim. Rano puścił lód, a zaraz potem stopniał śnieg. Słońce świeciło. Wiał leniwy wiaterek. Głupiemu cielęciu wydało się, że już nadeszła wiosna, więc zadarło ogon, opuściło pysk i rozmeczało się niezbyt głośnym „me”. Z góry na dół wiły się po ulicach potoki, unoszące napotkane po drodze źdźbła słomy, drewienka i strzępki papieru. Dobrze, że nikt jeszcze nie zdążył zaopatrzyć się w macę, bo można by było mniemać, że to nie Purim, ale przeddzień Pesach.

W samym środku miasta, tam, gdzie najobficiej rozlało się błoto, spotkały się dwie dziewczyny o tym samym imieniu Nechama. Jedna czarna, krzepka, o gęstych brwiach i krótkim nosie, druga jasna, chorowita, rudowłosa, ze spiczastym ostrym nosem. Jedna bosa z grubymi, ciemnymi łydkami, druga jakby w bucikach, ale takich, co mają otwarte „gęby”, stale proszące o „jedzenie”. Nie ma co, ładne buciki. Przy każdym stąpnięciu zaczynają „gdakać”, a ledwie trzymająca się podeszwa przy mocniejszym kroku piszczy i kwiczy. Po takim chodzeniu po błocie buty te ważą ponad pud. Lepiej więc już chodzić boso. Obie nasze Nechamy roznoszą właśnie purimowe szalech-monesy. Noszą brytfanny przykryte białymi serwetkami. Spotkawszy się w środku miasta zatrzymują się:

— O, Nechama!

— O! Nechama!

— Dokąd idziesz Nechamo!

— Co znaczy, dokąd idę? Niosę szalech-mones.

— Do kogo?

— Właśnie do was. A ty dokąd się spieszysz!

— Co znaczy dokąd? Przecież widzisz, że niosę szalech-mones.

— Do kogo niesiesz szalech-mones?

— Właśnie do was!

— To ci heca!

— Czysta komedia!

— Pokaż mi swój szalech-mones, Nechamo!

— Pokaż ty swój!

Obie dziewczyny rozejrzały się za jakimś miejscem, na którym mogłyby trochę usiąść i pogadać. Z Bożą pomocą szybko takie miejsce znalazły. Tuż przy domu zajezdnym tkwił w ziemi klocek. Z trudem przebrnęły przez lepkie, gliniaste błoto i usiadły na klocku. Brytfanny położyły sobie na kolana, odsłoniły serwety i dokładnie obejrzały szalech-monesy.

Pierwsza pokazała swój szalech-mones ruda Nechama, która służyła u Zeldy, żony reb Josiego. Jej wynagrodzenie za całą zimę wynosiło pięć i pół karbowańca. Do tego dostawała od swojej gospodyni suknię i obuwie. Możecie sobie wyobrazić, jakie to było obuwie i jaka suknia. Jeśli chodzi o suknię, to aczkolwiek wielce połatana, mogła jeszcze uchodzić za sukienkę, ale buciki dostała męskie. Kiedyś nosił je syn Josiego, Menasze, który miał nogi wielkości dzieży i w dodatku zwykł był wykrzywiać obcasy. Słowem, buciki „jak ta lala”.

szalech-mones rudej Nechamy składał się z pięknego, dużego haman-taszu — trójkątnego ciasta nadzianego makiem — i dwóch „poduszeczek”, jednej otwartej, z miodowymi łazankami i drugiej, zawierającej słodkie ciasto cukrowe z tkwiącą pośrodku rodzynką, czworokątny spory kawałek tortu, kawałek świętojańskiego chleba, dwie królewskie chałki i duży kawałek żytniego ciasta, które w tym roku Zeldzie wyjątkowo się udało. Ale czy to mąka nie była dobra, czy też miód nie był bardzo czysty, a może ciasto niedobrze się wypiekło, czy też niedobrze go wymieszano, fakt, że wyglądało jak gęsta puchowa poduszka.

Obejrzawszy szalech-mones rudej Nechamy, nasza czarna Nechama zdjęła serwetkę i pokazała swój. Ona była służącą u Złaty, żony reb Ajzyka. Za całą zimę otrzymywała sześć karbowańców, bez odzienia i butów. Z otrzymanej pensji miała się sama ubierać. Dlatego też chodziła boso, a Złata nie skąpiła jej najgorszych przekleństw.

— Jak ta dziewka może przez całą zimę paradować na bosaka? Chcesz do diabła widocznie się przeziębić!

Nechama jednak nie zważała na jej słowa. Słuchała ich tak, jak Haman słucha grzechotek w święto Purim. Zbierała pieniądze na Pesach. Wtedy, jak Bóg da, sprawi sobie za zaoszczędzone pieniądze parę pantofelków na wysokich obcasach i sycową sukienkę. Szewc Kopel, który ubiega się o jej rękę, pęknie z zachwytu.

Jej szalech-mones składał się z dużego kawałka strucla, dwóch dużych słodkich ciast, miodownika, dwóch czarnych błyszczących makowników, nafaszerowanych dobrze wysmażonymi w miodzie orzechami. Oprócz tego uśmiechała się w brytfannie żółta, mile pachnąca pomarańcza.

— Wiesz, Nechamo, co ci powiem? Twój szalech-mones jest ładniejszy od mojego — powiada ruda Nechama w formie komplementu.

— Gdzie tam — odpowiada czarna Nechama — twój też nie jest zły. — I mówiąc to, dotyka palcem haman-taszu.

— To ci haman-tasz — Czarna Nechama aż się oblizuje z zachwytu. — To się nazywa prawdziwy haman-tasz. Powiem ci prawdę. Szkoda go dać tej mojej gospodyni. Oby jej pryszcz wyrósł na twarzy. Boże mój jedyny. Posłuchaj mnie, Nechamo, jeszcze dzisiaj nic nie miałam w ustach i chętnie bym spróbowała tego haman-taszu. Choćby malutkiego kawałeczka.

— A ja, myślisz, jadłam dzisiaj? Oby moi gospodarze tak jedli przez całe życie — mówiąc to ruda Nechama rozgląda się ostrożnie na wszystkie strony. — Weź, Nechamo, i podziel go na dwie części. Pokrzepimy się. Gdzie to jest napisane, że szalech-mones musi się składać z haman-taszu? Oto na przykład twój szalech-mones nie zawiera go.

— Obym taki dobry rok miała, jak ty masz rację!

Czarna Nechama przy tych słowach pokroiła haman-tasz na dwie równe części. Jedną dla siebie i drugą dla rudej Nechamy.

— Wiesz, co ci powiem? Ten haman-tasz ma smak raju. Doprawdy! Jedyna jego wada to to, że już go nie ma. Za twój haman-tasz należy ci się Nechamo kawałek ciasta z mego szalech-monesu. Należy nam się za drogę. Niech moja gospodyni ma o jeden kawałek ciasta mniej, ale za to o jeden pryszcz więcej na twarzy. Ile wyobrażasz sobie zarobiłam od świtu do teraz? Zgadnij! Wszystkiego jeden złoty i dwa grosze. A ile ty, duszyczko moja, zarobiłaś?

— Ja nawet tego nie zarobiłam, oby im czyrak wyrósł na języku — powiada ruda Nechama i jak tucząca się gęś pochłania cały kawałek ciasta. — Obym za cały dzień zarobiła chociaż jedną złotówkę!

— Ładne mi paniusie. Obie mogłyby się bez niczyjej szkody zapaść pod ziemię! — powiada czarna Nechama i oblizuje wargi po zjedzeniu ciasta. — Przychodzę ja do Chiny, żony celnika, i przynoszę jej szalech-mones. Ta odbiera go i zaczyna grzebać w swoich kieszeniach. Grzebie i grzebie, a na koniec powiada, żebym przyszła później. Oby do niej śmierć przyszła.

— Zupełnie tak samo miałam z Kajlą, żoną reb Arona — powiada ruda Nechama. — Przynoszę jej szalech-mones, a ona za drogę daje mi cukierka. Oby Bóg dał jej nową duszę!

— Tę starą należałoby rzucić psom na pożarcie — powiada czarna Necham i sięga po jedno ze słodkich ciasteczek z szalech-monesu Złaty. Dzieli je na dwie części i jedną daje koleżance.

— Weź, jedz kochanie. Oby robaki zjadły te paniusie. Nie będę się przejmowała, jeżeli jedna gospodyni dostanie o jedno ciastko mniej.

— Oj nieszczęście! Biada mi! Popatrz! — krzyczy ruda Nechama. Załamuje ręce i biadoli: — Zobacz, kochanie, co mi pozostało z całego szalech-monesu!

— Głupia babo, nie bój się. Kto im powie, ile i co było w szalech-monesie. Dzisiaj przez cały dzień otrzymują szalech-monesy. Nawet nie zauważą.

I obie Nechamy przykrywają swoje brytfanny serwetkami i rozchodzą się każda w innym kierunku, jakby nic się nie wydarzyło.

 

 

Zelda, żona reb Josiego, kobieta dość urodziwa, o ładnej okrągłej twarzy, ubrana w czerwony, upstrzony białymi grochami jedwabny fartuszek, ustawiła w należytym porządku te szalech-monesy, które otrzymała i te, które miała wysłać.

Reb Josie-fujara (takie przezwisko nadała mu Kasrylewka) leżał na kanapie i chrapał. Menasze, osiemnastoletni młodzieniec o czerwonych policzkach, ubrany w błyszczącą pelerynę, uwijał się wokół matki i łakomie podkradał coraz to inny kawałek ciasta, miodownik i łazanki. Tak się objadał tymi słodyczami, że aż zęby mu sczerniały, a w brzuchu burczało. Zelda nie wytrzymuje i co chwila upomina go:

— Menasze, może już wystarczy?

— Wystarczy, wystarczy! — zgadza się Menasze, ale zaraz potem wpycha do ust coraz to nowy kawałek. — To już ostatni kawałek — zapewnia matkę i językiem wyciera wargi.

— Wesołego święta! Moja pani przysyła wam szalech-mones — powiada czarna Nechama do Zeldy i podaje jej przykrytą serwetką brytfannę.

— U kogo służysz — pyta Zelda i z radosnym uśmiechem na twarzy odbiera z rąk Nechamy prezent.

— U Złaty, żony reb Ajzyka Bał-brysnika — odpowiada Nechama i czeka, aż Złata wyjmie szalech-mones i zwróci brytfannę. Zelda jedną ręką sięga do kieszeni, aby wydobyć grosik i zapłacić Nechamie za fatygę, a drugą zdejmuje serwetkę z brytfanny. Patrzy i drętwieje:

— Co to jest? Menasze, rzuć no okiem!

Menasze podchodzi, rzuca okiem i zaraz chwyta się za boki. Ze śmiechu zgina się aż do samej podłogi. Wybuchy śmiechu budzą Josie-fujarę, który z przerażenia omal nie zwala się z kanapy.

— Ha! Co? Co tu się dzieje? Kto tam?

— Popatrz no, Josie, na ten szalech-mones — woła Zelda założywszy ręce na brzuch. Menasze nadal wije się ze śmiechu. Reb Josie-fujara spluwa, obraca się twarzą do ściany i znowu zapada w sen.

Zelda ciska brytfannę w twarz Nechamy i powiada:

— Powiedz tej swojej pani, żeby dożyła następnego roku i lepszego szalech-monesu od tego od nikogo nie dostała!

— Amen i wam tego samego życzę — odpowiada czarna Nechama i zabiera brytfannę.

— Obyś wrosła głową w ziemię! — krzyczy ze złości Zelda. — Bezczelna dziewka! Menasze, co ty na nią powiesz?

 

 

Złata, żona reb Ajzyka, kobieta, która co roku rodzi i nie przestaje się leczyć, była już porządnie zmęczona nieustającym przyjmowaniem i wysyłaniem szalech-monesów. Siedzi więc na stołeczku i komenderuje swoim mężem Ajzykiem-brysnikiem (tak go przezywają, bo co roku wyprawia brys).

— Ajzyku, weź tamten kawałek tortu i połóż go tutaj, a tamten kawałek świętojańskiego chleba z dwoma makownikami zabierz stąd i połóż tam. Ajzyk, podaj mi tamto ciasto na łazanki! Nie to, tylko tamto! Ruszaj się! Widzieliście go? Uczyć go trzeba abecadła! Zupełnie jak małe dziecko! Weź tamto ciasteczko, to, które jest mączne, i połóż je tam. Właśnie tam. A teraz pokrój ten kawałek tortu na dwie części. Za duży jest, Ajzyku! Byłoby grzechem. A wy, bękarty, precz stąd!

Ostatnie słowa kieruje do całej zgrai dzieciaków, które zebrały się wokół niej. Stoją z obnażonymi pępkami i oblizując wargi pożądliwym wzrokiem wpatrują się w te wszystkie słodycze. Starają się ukradkiem podejść matkę od tyłu i na chybcika ściągnąć ze stołu kawałek ciasta. Złata jest czujna i jeśli tylko któregoś przyłapie na gorącym uczynku, nie żałuje mu ani klapsów, ani szturchańców.

— Wesołego święta! Moja pani przysyła wam szalech-mones — powiada ruda Nechama i podaje Złacie przykrytą serwetką brytfannę.

— U kogo służysz? — pyta z przyjaznym uśmiechem na twarzy i sięga po prezent.

— U Zeldy, żony reb Josiego — odpowiada ruda Nemacha i czeka na zwrot opróżnionej brytfanny. Złata jedną ręką sięga do kieszeni po grosik, aby zapłacić Nechamie, a drugą odkrywa brytfannę. Patrzy i omal nie mdleje.

— Oby wszystkie moje koszmarne sny spadły na głowę, ręce i nogi moich wrogów. Oby ich piorun trzasnął! Widzieliście ten piękny prezent? Kpiny sobie urządzają. Zabierz to i oddaj z powrotem swojej pani!

I jednym energicznym rucham ciska brytfannę w twarz rudej Nechamy.

 

 

Reb Josie i reb Ajzyk są sklepikarzami. Mają sklepiki obok siebie na placu targowym w Kasrylewce. I mimo iż konkurują z sobą i wydzierają sobie nawzajem klientów, potrafią żyć w zgodzie, jak bracia. Jeden u drugiego nieraz zaciąga pożyczkę. Jeden bywa u drugiego podczas świąt, lub na kiduszu. Jednym słowem, żyją tak, jak przystało na dobrych sąsiadów. Latem siedzą przez cały dzień w sklepie i grają w kości, a zimą wpadają do siebie, aby się trochę ogrzać. Ich żony również żyją z sobą w przyjaźni. Razem oplotkowują cały świat. Kiedy jednej zabraknie towaru w sklepie, druga natychmiast jej pożyczy. Powierzają sobie najskrytsze tajemnice. A jeśli czasem z powodu jakiegoś głupstwa dochodzi między nimi do kłótni, to zaraz się przepraszają. Słowem żyją jak ludzie „pod jedną budą na jednym wozie”.

Na drugi dzień po Purim, kiedy reb Ajzyk poszedł otwierać sklep, okazało się, że reb Josie zdążył go już wyprzedzić. Właśnie stał przed swoim sklepem nadęty jak indyk i widać było, że czeka tylko na to, żeby reb Ajzyk przywitał go swoim zwykłym „dzień dobry”, a wtedy on mu nie odpowie… Reb Ajzyk, który też był odpowiednio nastawiony przez żonę, otworzył sklep, stanął w drzwiach i czekał, aż reb Josie pierwszy podejdzie ze swoim „dzień dobry”, a on zbędzie go milczeniem. I tak stali obaj, jeden naprzeciw drugiego, nadęci jak dwa koguty i czekali na to, kto pierwszy zacznie. I mogliby tak milcząc stać przez cały dzień, gdyby ich żony nie nadeszły z placu targowego. Obie pałały gniewem:

— Ajzyk, dlaczego mu nie podziękujesz za piękny szalech-mones, który mi przysłała jego piękna połowica? — powiada Złata do męża.

— Josie, dlaczego mu nic nie mówisz o jego wspaniałym szalech-monesie? — zwraca się Zelda do swego męża.

— Ajzyk, słyszysz? Ona się jeszcze stawia. Jeszcze chce nas drażnić. Powiedz mu coś!

— Co tam będę gadał z fujarą! — Reb Ajzyk mówi to podniesionym głosem. Chce, aby Josie usłyszał, że nazywa go „fujarą”.

Reb Josie nie pozostaje w tyle, chce go dotknąć przezwiskiem „brysnik”.

— Boję się zaczynać z tym brysnikiem.

Na pozór wydaje się, że w słowie „brysnik” nie ma nic obraźliwego. Każdy mąż, któremu żona rodzi syna, staje się po ośmiu dniach brysnikiem, albowiem wyprawia brys, czyli urządza uroczystość obrzezania syna. Sęk jednak w tym, że reb Ajzyk mógł znieść wszystko na świecie, z wyjątkiem przezwiska „brysnik”. Wolałby raczej usłyszeć najgorsze przekleństwo. Na dźwięk tego słowa gotów był rozszarpać przeciwnika na strzępy.

Tak samo rzecz się miała z Josiem. Wolałby trzy razy dostać po twarzy, niż jeden raz usłyszeć słowo „fujara”.

Wkrótce zbiegło się na miejsce kłótni całe targowisko. Z trudem udało się ich rozłączyć. Ludzie byli ciekawi, o co poszło tym dwóm dotychczas zaprzyjaźnionym sąsiadom. Dlaczego dwaj do niedawna przyjaciele, wzięli się nagle za łby? Reb Josie i reb Ajzyk oraz Złata i Zelda tak naraz się przekrzykiwali, że z gąszczu nieartykułowanych słów zdołano wyłowić tylko jedno: szalech-mones. Jaki szalech-mones? Co za szalech-mones? Tego nie udało się ustalić.

— Jeśli nie podasz do sądu tego fujary, to możesz się pożegnać z życiem — krzyczała na męża Złata.

Reb Josie zaś odwołał się do zgromadzonych przed sklepem ludzi:

— Żydzi, przywołuję was wszystkich na świadków. Słyszeliście, jak ta hultajka mnie nazwała? Fujarą. Natychmiast idę do sądu i wytaczam jej i jej mężowi, temu brysnikowi, sprawę.

— Żydzi — zawołał reb Ajzyk — biorę was na świadków, że ten oto… ten… nie chcę go nazwać jego pięknym imieniem, przed chwilą nazwał mnie „brysnikiem”.

W niespełna godzinę potem byli już u pisarza Judla. Obaj przyprowadzili świadków i obaj podali na siebie skargi do sądu.

 

 

Kasrylewski sędzia pokoju, mirowoj Miliniewski, tęgi szlachcic z długą brodą i wysokim czołem, tak długo piastuje już swój urząd, że doskonale zna wszystkich mieszkańców, zwłaszcza Żydów, z którymi powiązany jest wieloma nićmi. Wie, jaki kto ma charakter. Zna żydowski, jak „prawdziwy Żyd”. Mądra bestia. Prawdziwa głowa żydowska. Tak o nim mówią w Kasrylewce.

I jak tylko nadchodzi jesień i kończą się święta Sukot, zalewa go morze papierzysk. Wszystkie one pochodzą od Żydów — oby zdrowi byli. Ale nie ma w nich, uchowaj Bóg, skarg na złodziejstwa, rabunki czy zabójstwa. Co to, to nie! Chodzi w nich tylko o to, że ktoś komuś pokazał figę, ktoś kogoś spoliczkował, albo, że jeden dostał, a drugi nie dostał aliji w bożnicy. Chodzi również o bardziej lub mniej ważny rozdział, jaki otrzymał do czytania obdarzony aliją. Pan Miliniewski nie lubi bawić się w ceregiele z Żydami. Nie lubi wdawać się z nimi w długie dociekania bądź rozważania, albowiem doskonale wie, że popuściwszy im cugle, rozciągnie sprawę w nieskończoność. Jeśli chcą się pogodzić, to raz dwa. (Pan Miliniewski jest miłośnikiem zgody i pokoju). Jeśli nie, nakłada wówczas na siebie sędziowski łańcuch i w mig ucina dyskusję: „Po ukazu, na osnowanie takoj to i takoj stati, skazuję Herszka za hosen berejszit na trzy dni twierdzy, i Jankla za hosen Tora na trzy dni twierdzy”. Jak widzicie, nie ma u niego uprzywilejowanych osób.

Dokładnie na dwa tygodnie przed świętem Pesach odbył się sąd w sprawie szalech-monesów. Sala sądowa wypełniona była po brzegi. Prawie wszyscy pełnili tu rolę świadków. Pan Miliniewski otworzył przewód sądowy.

— Ajzyk, Josie, Złata, Zelda — proszę stanąć przed sądem.

W pierwszej ławce wstali reb Josie-fujara, reb Ajzyk-brysnik oraz ich połowice. I nim mirowoj zdążył wypowiedzieć słowo, cała ta czwórka zaczęła naraz gadać, a najgłośniej i najwięcej, rzecz jasna, kobiety.

— Gospodin mirowoj — zaczęła Zelda, odpychając jedną ręką swojego mężulka, a palcem drugiej wskazując na Złatę — ona, eta hultajka, do minie prisiłajet, dzisiaj, w Purim taki szalech-mones, że ino się śmiać! Parszywy strudel i odin słodkie ciasto. Po prostu kpiny i drwiny. Tfu!

— Aj! Aj! Aj! Ja tego nie wytrzymam — krzyczy Złata i bije się w piersi — Daj Boże mini takoj szmatok zołota!

— Amen — odpowiada Zelda.

— Milcz pyskata! Dwie brytfanny, gospodin mirowoj, daj Boże mini takoj mazł: chleb świętojański i królewską chałę, a jej cures i wszystkie egipskie plagi. A ucho Hamana, haman-tasz, to nic? Oj, biada mi!

— Jakie ucho Hamana? Niczego takiego nie było!

Mirowoj usiłował uspokoić kobiety. Najpierw łagodnie, po dobremu, a gdy to nie pomogło, podniósł głos i zaczął dzwonić dzwonkiem. Przekonawszy się, że to nie pomaga, że nie uda mu się zamknąć im ust, polecił obie usunąć z sali. Kiedy zaś na chwilę wrzawa ucichła, polecił obu mężom udać się ze swoją sprawą do rabina.

— Idźcie do rabina z waszym haman-taszem.

Reb Juzipl, rabin Kasrylewki, którego nasz czytelnik zdążył już poznać, jest dzięki Bogu takim Żydem, który potrafi wszystko znieść. On lubi każdego wysłuchać do końca. Wyznaje zasadę, że jak długo by człowiek nie gadał, to w pewnej chwili musi przestać. Człowiek bowiem nie jest — powiada reb Juzipl — maszyną. Tym razem jednak trudność polegała na tym, że mówił nie jeden człowiek, ale czworo i to naraz. Do tego wszystkiego ludzie z boku też wtrącali swoje trzy grosze. Co to szkodzi? — myślał sobie. Wszystko na tym świecie ma swój koniec. Kiedy wszyscy nagadali się, wykrzyczeli i wykłócili do syta, nagle zaległa cisza i reb Juzipl mógł spokojnie przemówić do obu stron. Zgodnie ze swoim zwyczajem najpierw westchnął, a potem ze słodyczą w głosie powiedział:

— Och, och, och! Nadchodzi święto, wielkie święto Pesach! Nie byle jakie święto! Pesach! Nasi przodkowie wyszli z Egiptu i przeszli przez morze. Przez takie morze i to suchą nogą. Przez czterdzieści lat błądzili po pustyni. Czterdzieści lat! Przyjęli u stóp góry Synaj Torę. Taką Torę, w której jak byk stoi: „I będziesz kochał bliźniego, jak siebie samego…” A tu Żydzi się kłócą i biorą za łby. To grzech, to obraza Imienia Boga na oczach gojów. Przysięgam, że to obraza! Lepiej byście pomyśleli o mące na macę dla biednych. Nasi biedacy nie mają jeszcze macy na święto. Już nie mówię o jajkach, smalcu i jarzynach. Postarajcie się więc o macę dla nich. Przecież to nie byle jakie święto. Posłuchajcie mnie, żydowskie dzieci, wybaczcie sobie nawzajem, pogódźcie się i w zdrowiu wracajcie do domu.

I ludzie zaczęli się rozchodzić. Pojedynczo, jeden za drugim, opuszczali dom reb Juzipla. I jakby śmiejąc się z wyroku reb Juzipla, pojawiło się zaraz powiedzonko: „Jak nie wyrok, to urok”. Leżało to już w naturze kasrylewskich prześmiewców. Ale w głębi serca każdy prześmiewca czuł, że reb Juzipl ma rację. I ogarnął ich wstyd na samą myśl, że taka rzecz z szalech-monesem mogłaby się jeszcze raz kiedyś powtórzyć.

W pierwszy dzień Pesach, tuż po odprawieniu modlitwy, reb Josie-fujara (on był młodszy) przyszedł do reb Ajzyka na kidusz. Pochwalił wino, mówiąc, że jest smaczne i oblizał palce po zakąskach Złaty. Na drugi dzień reb Ajzyk (był starszy) przyszedł na kidusz do Josiego. I on nie mógł się nachwalić wina z rodzynek i zakąsek Zeldy. A po południu, po obiedzie, kiedy Złata z Zeldą spotkały się, to w toku rozmowy prawda o szalech-monesach wyszła na jaw. Rzecz oczywista, że obie służące dostały za swoje. Zaraz po świętach zostały z hukiem i trzaskiem odprawione.

 

***

KONIEC

Zamknij