Mark Twain

Rogers

Tłumaczenie: Z. Niedźwiecki

 

 

W miasteczku X., w południowej Anglii, poznałem tego Rogersa przypadkowo w czasie mego chwilowego tamże pobytu. Z tytułu, że jego ojczym ożenił się był w swoim czasie z daleką krewną mego ojczyma, którego potem powieszono, Rogers wywodził bliskie między sobą a mną pokrewieństwo.

Dzień w dzień przyłaził do mnie, rozsiadał się jak u siebie i paplał. Z pomiędzy wszystkich przyjemnych natrętów, których wścibstwo dało mi się kiedykolwiek we znaki, temu oddaję bez zastrzeżeń palmę pierwszeństwa.

Wpadło mu raz do głowy obejrzeć mój cylinder. Nie byłem od tego, pomyślawszy, że skoro przeczyta wewnątrz firmę słynnego kapelusznika przy ulicy Oksfordzkiej, podskoczę tym samem w jego opinii. Obracał go czas jakiś na wszystkie strony z widocznym politowaniem, potem wyskrobał na rondzie dwie czy trzy plamki, na koniec zauważył, że jako od świeżo przybyłego, trudno ode mnie wymagać, abym wiedział, gdzie się załatwia tego rodzaju sprawunki. Co rzekłszy, zawołał:

— Pozwólno pan! — i począł wycinać z kawałka pąsowego tapetu papierowego ozdobny krążek, który przykleił za pomocą odrobiny gumy arabskiej na dnie mego cylindra w taki sposób, że firma fabrykanta, na którą tak byłem dumny, zupełnie została zasłonięta.

— Teraz przynajmniej nikt nie będzie mógł poznać, gdzie pan ten nieszczęsny kapelusz kupiłeś. Przyszlę panu potem markę firmową mojego kapelusznika, to ją pan sobie wkleisz w to miejsce.

Czy można sobie wyobrazić coś prostszego?.. To też wprawił mnie w taki podziw, że go wprost wypowiedzieć nie zdołam — zwłaszcza, że jego (...)

*** Koniec fragmentu demonstracyjnego ***


Aby móc czytać w całości wszystkie opowiadania

Zaloguj się

Jeśli jescze nie masz konta

Załóż konto i wykup dostęp

Nie teraz?

Wróć do katalogu