Iwan Turgieniew

Schadzka

 

 

Jesienią, tak jakoś w połowie września, siedziałem raz w brzozowym lasku. Od samego rana popadywał drobny deszczyk, a na zmianę, od czasu do czasu rozbłyskiwały ciepłe promienie słońca; pogoda była kapryśna. Niebo to całe powlekało się lekkimi białymi obłokami, to raptem, na mgnienie oka, przejaśniało się gdzieniegdzie i wówczas spośród rozsuniętych chmur ukazywał się lazur jasny, łagodny, jak przecudne oko. Siedziałem, rozglądałem się dokoła i nasłuchiwałem. Liście z cicha szumiały mi nad głową; po samym ich szmerze można było odgadnąć, jaką mamy porę roku. Nie było to wesołe, roześmiane drżenie wiosny ani łagodny szelest i przeciągły rozhowor lata, nie był to lękliwy i chłodny szept późnej jesieni, lecz prawie nieuchwytne, senne szemranie... Lekki powiew ledwo-ledwo przeciągał po wierzchołkach drzew. Gęstwina wilgotna od deszczu wciąż się zmieniała, zależnie od tego, czy słońce świeciło, czy zakrywało się chmurą; to rozpromieniała się, jakby wszystko się w niej nagle uśmiechnęło; cienkie pnie niezbyt gęstych brzóz nabierały niespodzianie łagodnego połysku białego jedwabiu, leżąc na ziemi drobne liście mieniły się i rozjarzały dukatowym złotem, a przed mymi oczami wysokie paprocie, przystrojone już w swą jesienną barwę przejrzałych winogron, przeświecały plącząc i krzyżując bez końca swe pierzaste łodygi; to znów wszystko jakby nagle błękitniało: jaskrawe kolory gasły w jednej chwili, brzozy stały białe, pozbawione blasku, jak świeżo spadły śnieg, którego jeszcze nie dotknął chłodny rozigrany promień zimowego słońca, i znów ukradkiem, podstępnie, zaczynał mżyć i szemrać (...)

*** Koniec fragmentu demonstracyjnego ***


Aby móc czytać w całości wszystkie opowiadania

Zaloguj się

Jeśli jescze nie masz konta

Załóż konto i wykup dostęp

Nie teraz?

Wróć do katalogu